IndeksIndeks  CalendarCalendar  FAQFAQ  SzukajSzukaj  UżytkownicyUżytkownicy  GrupyGrupy  RejestracjaRejestracja  ZalogujZaloguj  


Share| .

McSorley's House

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down

PisanieTemat: McSorley's House Pią Maj 09, 2014 6:51 pm

Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

PisanieTemat: Re: McSorley's House Pią Maj 09, 2014 7:04 pm

Troy uśmiechnął się do siebie, wysiadając z taksówki i stając przed drzwiami prowadzącymi do baru. Musiał się trochę zrelaksować po całym tygodniu ciężkiej pracy w banku. Nie no, to nie jest tak, że on nie lubił swojej pracy, że chodził tam z przymusu. Oczywiście, sto razy bardziej wolał malować i to właśnie tak wyobrażał sobie swoje życie - z pędzlem lub ołówkiem w dłoni, pochylony nad jakimś płótnem, kartką... Tak, to wszystko, czego potrzebował. Miał już swój dom... co prawda nie zapracował na niego tak do końca sam, trochę pomogli mu rodzice... więc mógł teraz siedzieć na ganku i rysować. I tak do końca życia. Ale nie, tak byłoby zbyt prosto. Musiał zarabiać, a obrazy nie przynosiły aż takich dochodów.. dlatego właśnie pracował w banku. I dlatego potrzebował relaksu. Stąd właśnie pomysł na wybranie się do baru. Wypije parę drinków, wypali pół paczki papierosów... Tak, to był dobry pomysł.
Wszedł do środka, nie rozglądając się za bardzo. Podszedł do baru, zamówił drinka i usiadł, również przy barze. Jak łatwo się domyśleć - pod koniec tygodnia w godzinach wieczornych lokal był praktycznie pełny, więc nie było innej opcji. Nie mógł usiąść przy stoliku. A zresztą, po co? I tak był sam. I coś przypuszczał, że pozostanie sam już do końca tego wieczora... Jakoś nie miał szczęścia do spotykania przyjaznych mu ludzi, zwłaszcza w barach.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

PisanieTemat: Re: McSorley's House Pią Maj 09, 2014 7:33 pm

W październikowy wieczór bar był wypełniony po brzegi. Ludzie, choć niechętnie, obijali się o siebie, kiedy chcieli dotrzeć do baru albo wrócić do stolika, z których większość była pozajmowana. Przewagę stanowili mężczyźni, dorośli wyleczeni, dyskutujący o zbliżających się obchodach 10-lecia powstania AWD czy wymieniający się wynikami ewaluacji swoich pociech. Szmer rozmów i przytłumiona muzyka sprawiały, że miejsce to nie było idealne do zawiązywania nowych znajomości. Mimo to ktoś jednak postanowił to zrobić, a tym kimś na pewno nie była osoba, która powinna znaleźć się w tym miejscu. Godzina policyjna jeszcze nie obowiązywała, a tłok uniemożliwiał komukolwiek zwrócenie na nią uwagi.
Chłopak, maksimum 18-letni, wtoczył się chwiejnym krokiem do środka, kierując się w stronę baru. Z wieloma napotkanymi po drodze problemami usiadł na krześle i spojrzał na barmana, wyjmując przy tym dowód osobisty. Wyglądał na zdecydowanie starszego, a i jego dokument nie był do końca prawdziwy, jednak znudzony pracą mężczyzna nie zwrócił na to uwagi.
- Du-du-duże pi-piwo - wybełkotał chłopak, szczerząc zęby w sztucznym, krzywym uśmiechu. Rozglądnął się po sali, zwracając szczególną uwagę na osobę, siedzącą po jego lewej stronie. Przeczesał dłonią włosy, starając się udawać nonszalancję. Nie wszystko poszło jednak po jego myśli, gdyż krążąca w jego żyłach zbyt duża ilość alkoholu nie pozwalała mu zachować sprężystych i pewnych ruchów.Obserwował chwilę, trochę zbyt natarczywie, swojego sąsiada - No heeeeeeeej - powiedział słodkim, klejącym się głosem, przeciągając sylaby. Z jego ust wydobywał się nieprzyjemny zapach mieszaniny różnych trunków, który owioną siedzącego obok mężczyznę - Ten wieczór nie mógł być lepszy - uśmiechnął się, wypowiadając niewyraźnie słowa i przysuwając się zdecydowanie zbyt blisko - A wszyscy powtarzają, że miłość to przekleństwo - położył dłoń na ramieniu Troy'a szepcząc konspiracyjnie, drugą chwytając szklankę z zamówionym piwem. Nie udało mu się jednak trafić do ust, więc część napoju wylądowała na jego spodniach i koszulce - Oooopsssss - zaśmiał się głośno, trzęsąc głową dookoła. Widać było wyraźne, że nie posiada blizny. Zdawał się jednak nie przejmować tym faktem - No, to co powiesz, przy-przystojniaku? - zacharczał i znów zaczął się śmiać jak opętany, nie zdając sobie sprawy w sytuacji, w jakiej się znajdował.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

PisanieTemat: Re: McSorley's House Pią Maj 09, 2014 7:55 pm

A Troy miał już w planach spędzić kilkanaście przyjemnych minut sam na sam z zamówionym przez siebie drinkiem i opuścić lokal... gdy nagle ktoś się do niego dosiadł i zaczął zachowywać.. cóż... zbyt zuchwale, zupełnie jakby się znali. A nie znali, bo Troy miał dość dobrą pamięć do twarzy i zapamiętałby tego.. młodego. Zmarszczył brwi, nie do końca wiedząc jak się zachować. Po chwili, nieco niepewnie, uniósł lekko dłoń, jakby salutując.
- Cześć. - przesunął wzrokiem po jego sylwetce, najpierw skupiając się na twarzy, ale zaraz potem oceniając dokładnie całą resztę. Był malarzem, i choć nie malował portretów, to bardzo lubił przyglądać się ludziom. A nuż kiedyś znajdzie się jakiś model, który mógłby mu pozować...? Ale nie, ten chłopak zdecydowanie nie był tym modelem. Odsunął się od niego lekko, przesuwając swoje krzesełko i drinka, i oparł się łokciem o blat baru, przyglądając mu się. Nadal tym samym, oceniającym wzrokiem. Zwilżył koniuszkiem języka kąciki ust, a potem napił się swojego drinka. Nawet dobry, choć nieco za słodki. Następnym razem weźmie innego. - Dlaczego ten wieczór nie mógł być lepszy? Co, moja obecność aż tak rozjaśniła Ci ten dzień? I proszę, nie nazywaj mnie 'przystojniakiem'. Troy, mam na imię Troy. - może nie powinien wyjawiać obcemu swojego imienia, ale co mu szkodzi. Spojrzał na jego szyję, gdy chłopak odchylił głowę, śmiejąc się. Miał ochotę spytać gdzie jego blizny, ale wtedy stwierdził, że może jest po prostu niepełnoletni... Wzruszył więc w duchu ramionami, ale ani jeden mięsień na jego twarzy nie drgnął, nadal mu się przyglądał, jakby nigdy nic. - Masz teraz mokre spodnie. Uważaj jak pijesz. - zachichotał cicho, patrząc na jego spodnie. Teraz już pokręcił głową. I zaraz znów na niego spojrzał, znów na twarz, z uśmiechem. - To jak? Powiesz mi dlaczego ten wieczór jest taki fajny?
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

PisanieTemat: Re: McSorley's House Pią Maj 09, 2014 8:37 pm

Chłopak wciąż uśmiechał się, słuchając słów nowo poznanego mężczyzny. Najwidoczniej uśmiech był nieodłączną częścią upojenia alkoholowego, ponieważ ani na chwilę nie schodził z jego twarzy. Nie zraził się, kiedy Troy odsunął się od niego.
- Troy... Troy... Troy... - powiedział chichocząc i wymawiając "l" zamiast "r", co jeszcze bardziej potęgowało śmiech. Oparł się łokciem o blat, chcąc naśladować ruchy swojego towarzysza, jednak niema od razu zsunął się, uderzając o niego twarzą. Podniósł się powoli, przez chwilę bacznie i z udawaną powagą wpatrując się w malarza. Następnie znów wybuchnął śmiechem i zajęło mu chwilę, zanim opanował drgawki i zdołał powiedzieć coś więc.
- Oh... przepraszam - wybąkał - Masz ładne imię, "przystojniaku" zdecydowanie pasuje. Ale jak chcesz - burknął, po czym znów uśmiechnął się szeroko, kładąc dłoń na kolanie Troy'a - Ten dzień był cuuuuuudooooowny - wykrzyknął odrobinę za głośno. Kilka osób spojrzało na nich niepewnie, a w ich sercach zaczęły budzić się pewne podejrzenia. Siedzieli jednak cicho, czekając na rozwój wydarzeń. A chłopak... No cóż - Najpierw zostałem poinformowany o imprezie. Tak tak, prawdziwej imprezie z prawdziwą muzyką, nie tym szajsem, który dopuszcza państwo, z alkoholem i dziewczynami... Było świetnie, genialnie... A oni wszyscy myślą, że cały ich system funkcjonuje tak, jak sobie zapragnęli. Gówno prawda! Fineman i jego świta nie mają nawet pojęcia o tym, co dzieje się za ich plecami - chłopak nie przejmował się tym, co wygadywał. Najwyraźniej nie miał pojęcia, że ściany i nie tylko ściany mają uszy...
Mężczyzna, na oko 40-letni, który dotychczas sączył wolno swoją whiskey, zdając się nie zwracać uwagi na młodzieńca i jego wybryki, teraz bacznie mu się przyglądał, oczekując na reakcję Troya. Nie zwracał jednak na siebie uwagi, ubrany w zwykłą koszulę w kratę i ciemne spodnie, patrząc prosto przed siebie, widział odbicie swoich sąsiadów w lustrze, znajdującym się na półką z trunkami zaraz naprzeciw krzeseł. Słuch miał wytężony i chłonął każde ze słów niewyleczonego jak gąbka. Zamówił kolejną porcję, rozpinając jeden górny guzik koszuli.
- Coś ci powiem, Troy - powiedział chłopak - Marnujesz się, ty i ta twoja słodka twarz. Ja i moi znajomy chętnie weźmiemy cię pod swoje skrzydła... Założę się, że cię pokochają - uśmiechnął się, pociągając łyk ze szklanki, wciąż trzymając dłoń na kolanie mężczyzny, jak gdyby nigdy nic. Tak bardzo nieświadomy, młody i głupi, ogarnięty chorobą i alkoholem.



I teraz pytanie, czy słysząc to wszystko Troy postanowi kontynuować rozmowę? Wiemy, że remedium nie podziałało tak jak powinno, ale czy obawa o własną skórę będzie silniejsza od ciekawości i chęci rozrywki? Pamiętaj, że Troy nie ma pojęcia o tym, że cała rozmowa jest podsłuchiwana.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

PisanieTemat: Re: McSorley's House Pią Maj 09, 2014 9:17 pm

Troy spiął się, czując dłoń obcego chłopaka na swoim kolanie. Nie chciał jednak robić scenek, więc nie strącił dłoni, a jedynie delikatnie ją zabrał i przełożył na jego własne kolano. Nie lubił aż takiego spoufalania się. Okey, to nie tak, że on nigdy tego z nikim nie robił, bo mu się zdarzało, nawet pójść do łóżka z takim przypadkowo spotkanym chłopakiem, ale... nie robił tego z każdym. A na pewno nie uchlanym w trzy dupy, który nawet siedzieć prosto nie potrafi. Pokręcił lekko głową i poklepał go lekko, po przyjacielsku, po plecach.
- Radzę Ci troszeczkę mniej pić. Naprawdę, to rada płynąca wyłącznie z mojego dobrego serduszka.
Cofnął rękę i znów skupił się na swoim drinku, przymykając leciutko swoje brązowe oczy. Otworzył je jednak chwilę później, gdy usłyszał co chłopak mówi. Impreza? Alkohol? Muzyka? Dziewczyny? No, dobra... Ale resztę mógł sobie darować. Takich rzeczy, bądź co bądź, nie powinno się mówić publicznie. A jeśli już - to nie tak głośno.
Zagryzł dolną wargę i spojrzał na niego spod byka. Wiedział, że nie powinien z nim rozmawiać. Tym bardziej, że chłopak straszliwie się wydzierał, w ogóle nie dbając o to, że ktoś może ich usłyszeć...! Cóż za dziwny dzień. Cóż za dziwny człowiek.
- Marnuje się? Ja i moja... słodka twarz, mówisz? Hm, zabawne. A co takiego miałoby się zmienić, gdybym był pod 'waszymi' skrzydłami?
Nie, nie był zainteresowany. Po prostu chciał zrozumieć co takiego chce mu przekazać pijany chłopak, bo jakoś jak na razie średnio go rozumiał. A ludzie go interesowali, sami w sobie. Ich psychika, sposób rozumowania... Ciekawiło go co miał na myśli ten tutaj.
Zacmokał cicho i potrząsnął głową, odstawiając drinka i przeczesując włosy palcami.
- Nie pokochają mnie. Miłość nie istnieje, dzieciaku.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

PisanieTemat: Re: McSorley's House Pią Maj 09, 2014 10:34 pm

Chłopak najwyraźniej był pozbawiony samokontroli. Słowa mężczyzny nie uciszyły go ani trochę, wręcz przeciwnie. Na ostatnie zdanie zareagował lekką agresją. Jego twarz nagle zmieniła wyraz. Wyprostował się, a przynajmniej starał się to uczynić na tyle, na ile pozwolił mu jego stan. Demonstracyjnym ruchem podniósł prawie już pustą szklankę z piwem do ust i pociągnął łyk. Przełknął, odetchnął głęboko i zaczął przemawiać, ściszonym i poważnym głosem.
- Wiesz, co moglibyśmy ci dać? - zapytał, patrząc mężczyźnie prosto w oczy - Wszystko, czego zapragniesz. Miałbyś wszystko, wszystko, gdybyś tylko chciał. Mógłbyś przezwyciężyć remedium, znów byś czuł. Nie musiałbyś się bać, że zapomnisz jak to jest być człowiekiem. Pamiętasz okres sprzed zabiegu? Pamiętasz jak to było, kiedy twoim sercem targały uczucia? - chłopak przysunął się do niego bliżej, a razem z nim, choć ledwie zauważalnie, uczynił to mężczyzna obok niego. Ściszony głos nastolatka, wśród tego tłoku i hałasu utrudniał mu wysłuchiwanie słów, które zapewne wzbudziłyby w nim wielki niepokój, gdyby tylko był wstanie poczuć coś poza obywatelską powinnością. Docierały do niego jedynie strzępki rozmów, pojedyncze słowa, które może nie przekazywały sensu całej wypowiedzi, ale dawały ogólne pojęcie o tym, kim jest ów chłopak. Niewyleczony, tak powinno się go określać.
W myślach mężczyzny tworzyły się wizje - widział Porządkowych, wlekących młodziana na zabieg. Słyszał jego krzyki i zaprzeczenia, widział jak się wyrywa. On sam nadzorowałby zabieg, patrzyłby, jak chłopak przechodzi przemianę, staje się tym, kim powinien być. Stojąc za szybą uśmiechałby się nieznacznie, czułby dziwną satysfakcję z tego, co uczynił. A jego towarzysz... Troy, czyż nie? Aresztowany, zabrany na przesłuchanie. I oskarżony - słusznie czy nie słusznie, nie ważne, o obrazę mienia Thomasa Finemana. Ale jeszcze czas. Da im jeszcze czas, aby sam mógł wszystko zaplanować. Aby jeszcze chwilę przysłuchać się wywodom pijanego chłopaka i jego ofiary, wciąganej tak łatwo w jego sidła.
- Miłość istnieje, naprawdę. I nie jest chorobą. Jest tak samo realna jak to, że siedzę tu z tobą - zakończył swoje przemówienie i odchylił się do tyłu. Machnął na kelnera i zamówił drinka. Jego twarz znowu się zmieniła - uśmiechnął się, jakby nagle przypomniał sobie o czymś oczywistym - Cholera, ale ze mnie idiota - wykrzyknął i wybuchnął śmiechem, szczerząc zęby do Troy'a, jakby słowa, które przed chwilą wyleciały z jego ust nigdy nie ujrzały światła dziennego - Przecież ja się jeszcze nie przedstawiłem! - teatralnie uderzył się dłonią w czoło i upił łyk swojego napoju - Nazywam się Mike - wybąkał ze śmiechem i tak już pozostał przez następne kilka minut - zwijając się ze śmiechu z niewiadomego dla samego siebie powodu.
A tajemniczy mężczyzna wciąż dyskretnie obserwował, z tajemniczym półuśmiechem na twarzy, misternym planem w głowie i wiedzą, którą tylko on mógł posiadać.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

PisanieTemat: Re: McSorley's House Sob Maj 10, 2014 1:26 pm

Troy zaczynał się coraz bardziej irytować, wraz z każdym słowem które opuszczało usta jego rozmówcy. Zastanawiał się co on tu właściwie robi, po co z nim rozmawia, po co nadal tu siedzi, chociaż jego drink już się skończył. Mimo to jednak coś kazało mu tu zostać, siedzieć na miejscu i słuchać. Nie wiedział co to było, może po prostu podświadomość, ale siedział, owszem. Skinął lekko głową gdy chłopak nareszcie mu się przedstawił, po czym uniósł kącik ust w nieco wymuszonym uśmiechu. Nie odpowiedział jeszcze na jego pytanie o remedium, o życie przed zabiegiem, bo jakoś nie bardzo wiedział co ma powiedzieć... Wahał się chwilę, czy być z nim szczerym czy nie, ale w końcu zdecydował się powiedzieć to, co mu w duszy grało od zawsze.
- To wszystko zależy od tego jakie kto ma pragnienia. Ja nie wiem co to jest miłość. Nikogo nie kochałem, nawet przed zabiegiem. W moim życiu nic się nie zmieniło... Naprawdę. Możesz mi wierzyć albo nie, ale wszystko jest tak, jak było. Niczego mi... nie brakuje. W ogóle nie wiem po co z tobą rozmawiam, nie powinienem. Za Twoje poglądy można wylądować w więzieniu, wiesz?
Zastukał palcami w blat baru, spięty i nie bardzo rozmowny. Miał zaciśnięte szczęki i, cholera, chęć ucieczki w nim wzrastała. Mimo to nie podniósł się z miejsca. Na razie. Bo coś czuł, że długo z tym kolesiem nie wytrzyma. Już dawno nie był tak zirytowany, a pracował w banku i miał do czynienia z różnymi ludźmi. Nawet z tymi, delikatnie mówiąc, wkurwiającymi do granic możliwości.
- Miłość. Jest. Chorobą. Istnieje, oczywiście, że istnieje. Tak samo jak ospa czy odra. Ale to choroba, pogódź się z tym.
Uśmiechnął się niepewnie w jego stronę, po czym podniósł się z krzesełka, jakby miał zamiar sobie pójść. Jednak nadal coś go ciągnęło do tego chłopaka... I to nie w sensie czysto fizycznym. Po prostu był intrygujący.


Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

PisanieTemat: Re: McSorley's House Sob Maj 10, 2014 2:30 pm

I znów ten sam brak zdziwienia. Zero irytacji, jakby słowa Troy'a zupełnie chłopaka nie obchodziły.
- Ro-rozumiem twój punkt widzenia - zająknął się - Jednak nie masz racji - wymawiał słowa niewyraźnie. Na jego ustach wciąż widniał uśmiech, co wyglądało dziwnie z uwagi na głos, jakim przemawiał - poważny i silny, a przynajmniej na tyle, na ile mu pozwalała jego obecna sytuacja - Choroba... co to w ogóle za słowo? Nie wiecie ludzie, o czym mówicie. Ty, Fineman i cała reszta. Wszyscy wierzycie w jedno, wielkie kłamstwo, a tak naprawdę nie macie bladego pojęcia o miłości, bo niby skąd? - wykrzyknął i w mgnieniu oka jego przyjazne nastawienie do mężczyzny przerodziło się w czystą nienawiść - Robicie z ludzi cholerne przedmioty, szare i bezwartościowe! Pozbawiacie ich tego, co najważniejsze w życiu... - awanturował się dalej zaraz po tym, jak Troy podniósł się z miejsca. Mężczyzna, który dotąd tylko przyglądał się całemu zajściu, nachylił się do barmana, który także zauważył, że coś jest nie tak.
- Ścisz muzykę i wyproś wszystkich z lokalu, Barney - powiedział władczym szeptem. Choć w środku nie pozostało już wiele osób, zbliżała się bowiem północ i większość porządnych obywateli postanowiła wrócić do bezpiecznych, cichych mieszkań. Teraz nie zależało mu już na zachowaniu anonimowości czy tajemniczości. Nie mogło umknąć niczyjej uwadze, że bar opustoszał tak szybko, jak za sprawą czarodziejskiej różdżki. Wstał ze swojego miejsca, upił łyk ze swojej szklanki i uśmiechnął się do jedynych pozostałych na sali osób. Szczęknął zamek w drzwiach i zapanowała idealna, niczym niezmącona cisza, którą ów dżentelmen postanowił jednak przerwać.
- Cóż za zbieg okoliczności - powiedział, kładąc dłoń na głowie chłopaka i odchylając ją w bok, trochę zbyt mocno, aby przyjrzeć się miejscu, w którym powinna znajdować się blizna, gdyby tylko Mike był wyleczonym. Zacmokał głośno z niezadowolenia, znów pociągnął ze szklanki, przez chwilę delektując się smakiem, po czym przeniósł spojrzenie na zegarek - Nie mam dużo czasu, więc postaram się streścić - powiedział spokojnym głosem - Mimo to, może zechcesz jednak usiąść, chłopcze. Jak się pewnie domyślasz, nie wyjdziesz stąd dopóki ci nie pozwolę - zwrócił się do wciąż stojącego Troy'a, przekrzywił głowę i znów się uśmiechnął, jakby w cale nie słyszał słów, które padały wcześniej z ust chłopaka - Mam nadzieję, że oboje jesteście świadomi tego, co się przed chwilą wydarzyło - ciągnął, potrząsając lekko szklanką i powodując przy tym obijanie się kostek lodu i szklanki.
- Ja nie, ja nic... - zaczął bełkotać Mike, patrząc na mężczyznę z przerażeniem - Kim... kim je-jesteś? - zapytał. Lekarz, bo tym własnie był, a także jeden z bliskich przyjaciół Thomasa Finemana nie zamierzał jednak tak szybko udzielić odpowiedzi.
- Wszystko w swoim czasie... kochasiu - rzucił, nie patrząc na młodzieńca. Całą swoją uwagę skupiał na mężczyźnie. Zerknął w ekran swojego telefonu i wykrzywił usta w geście satysfakcji - Troy Carstairs - przeczytał, wymawiając nazwisko powoli, jakby delektując się jego brzmieniem. - 30 lat, pracownik banku a także malarz... No, no, no, panie Carstairs. Matka, Lilyanne, nie żyje, ojciec Andrew wyjechał... Zabieg przeprowadzony, niesparowany... Czyżby nie spodobała się panu żadna z kandydatek na żonę? - zapytał z ironią w głosie. Postanowił się nad nim chwilę pastwić, zanim przejdzie do konkretów - A może nigdy nie zamierzał pan się ożenić? No, słucham, Troy.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

PisanieTemat: Re: McSorley's House Sob Maj 10, 2014 3:50 pm

Troy miał zamiar się oddalić, gdy chłopak zaczął się tak wydzierać, ale wtedy u jego boku pojawił się jakiś mężczyzna. Nie miał okazji mu się przyjrzeć, bo szybko dotarło do niego, że nie ma do czynienia z kimś kto jest do niego przyjaźnie nastawiony. Westchnął, siadając ponownie na krzesełku przy barze i oparł się łokciem o blat, kierując spojrzenie na mężczyznę. Spiął się lekko, gdy usłyszał swoje dane osobowe z jego ust. Skąd on to...? Z telefonu, ok... ale jak? Westchnął ponownie, zamknął na moment oczy i pokręcił lekko głową. Trzeba odpowiedzieć - powiedział sobie w myślach. Trzeba, nie masz wyjścia. Nie wypuści Cię stąd inaczej. Boże, ja chce do domu.
- Zgadza się. Wszystko się zgadza. - kiwnął głową, potwierdzając słowa mężczyzny. Dopiero chwilę później, gdy usłyszał pytanie o kandydatki na żonę, zaśmiał się cicho i pokręcił głową lekko.
- Niestety, żadna nie przypadła mi do gustu. - pewnie dlatego, że wolę facetów, ale tego nie powiedział na głos. To wyłącznie jego sprawa z kim sypia, gdzie to robi i w jakich pozycjach.
- Mam jeszcze czas. Jestem młody. Na razie skupiłem się na pracy i nie w głowie mi zakładanie rodziny. - był spokojny, jak zawsze podczas rozmów czysto biznesowych, a jako taką właśnie traktował tą rozmowę. Domyślał się, że może źle skończyć, jeśli powie coś nie tak. W niewłaściwy sposób. Starał się więc dobierać słowa, by wszystko poszło po jego myśli i by jak najszybciej stąd wyjść.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

PisanieTemat: Re: McSorley's House Nie Maj 11, 2014 10:52 am

Mężczyzny prawie w ogóle nie obchodziły słowa Troy'a. Nie starał się nawet udawać zainteresowania tym, co on mówi. Bez względu na to, co by powiedział i tak nie wróciłby tak szybko do domu. A doktorowi wcale się nie śpieszyło. Mike, kuląc się na swoim krześle, trząsł się potwornie, jakby doznał nagle ataku padaczki.
- Tak tak, oczywiście - rzucił najstarszy z całej trójki, rzucając z ukosa spojrzenie chłopakowi. Odłożył telefon na blat i zaczął obracać go dookoła - Oczywiście, że masz jeszcze czas... - powiedział zamyślony - Ale radziłbym się pospieszyć. Zanim się obejrzysz może już być za późno... A przecież obaj chcemy, aby nasza rasa się rozwijała. Rozmnażała. Abyśmy mogli przekazywać nasze wartości z pokolenia na pokolenie - uśmiechnął się nieznacznie do Troy'a - Więc przemyśl to, mój drogi, chyba że chcesz... - urwał w połowie zdania i przeniósł spojrzenie na Mike'a - Mike, Mike, Mike. Co ja mam z tobą, synu, zrobić. Muszę przyznać, że nie spodobały mi się słowa, które wypowiadałeś - skarcił chłopaka, kładąc dłoń na jego ramieniu. Gest ten zupełnie nie pasował do sytuacji, w której się znaleźli - Powiedz, czy naprawdę tak uważasz? - zapytał spokojnym głosem, który tym bardziej nie odpowiadał całej tej okazji. Najwyraźniej jednak świetnie się bawił, udając, że nie ma żadnego planu. Choć w jego głowie wszystko było przygotowane. Sztab jego najlepszych ludzi przygotowywał się do zabiegu w jednej z lepszych klinik nowojorskich, psychologowie byli gotowi do zbadania Troy'a i stwierdzenia, czy remedium przyjęło się bez większych problemów... Ale jeszcze czas. Jeszcze chwila.
- Ja... ja... - zająknął się chłopak, jakby zupełnie zapomniał języka w gębie, choć jeszcze przed chwilą nie mógł powstrzymać słowotoku - Tak uważam - dodał po chwili pod naglącym spojrzeniem lekarza. Patrzył się mu prosto w oczy, jakby chciał pokazać, że nie boi się konsekwencji swoich słów. I prawdopodobnie w ogóle nie był ich świadomy.
- No cóż... tego się się właśnie obawiałem, mój drogi. Niestety, ale chyba będziemy musieli podjąć dość radykalne środki, aby ci pomóc - zdjął rękę z jego ramienia i znów zwrócił się do Troy'a - A ty... no cóż. Znalazłeś się w dośćnieciekawym położeniu. Niestety, nie mogę cię jeszcze puścić... - słowa mężczyzny przewało walenie w drzwi baru, za którymi stało dwóch Porządkowych oraz dwóch lekarzy z kliniki. Na twarz chłopaka wskoczyło nieskrywane przerażenie. Zaczął się trząść jeszcze bardziej i krzyczeć. Próbował uciec, jednak został powstrzymany mocnym uściskiem lekarza, który wyjął z wewnętrznej kieszeni marynarki, która leżała obok, strzykawkę wypełnioną przezroczystym płynem. Wbił ją w szyję chłopaka i wtłoczył płyn do jego organizmu. Mike przestał się poruszać, jego ciało zwiotczało i osunął się na blat. Mężczyzna zaś wstał i wpuścił do środka mężczyzn, zamykając na nimi drzwi.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Sponsored content

PisanieTemat: Re: McSorley's House

Powrót do góry Go down

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry
Strona 1 z 1

Similar topics

-
» Wielkie rody Westeros
» Royal Opera House

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
Witaj w nowej, wolnej od delirii Ameryce! :: Upper-